Relacja

- Dokumenty !

Jak przez mgłę, krzyk wdziera się do mojej jeszcze nierozbudzonej świadomości.

- Wstawat ! Dokumenty pożałsta !

Otwiera m oczy. Na wpół jeszcze śniąc, zrywam się na równe nogi. W ciągu ułamka sekundy przypominam sobie gdzie jestem. Dwaj oficjale pokazują mi żebym poszedł za nimi na pogrążony w półmroku korytarz. Na bosaka, wkładając po drodze spodnie, wychodzę z nimi do przejścia między wagonami. Poraz kolejny rozpoczyna się przedstawienie - a właściwie przesłuchanie - "Gdzie macie wizy rosyjskie, kazachstańskie, skąd i dokąd jedziecie, pokazać deklaracje celne, dlaczego macie tak dużo bagażu....". Z uporem maniaka tłumaczę po kolei; że dla Polaków nie ma wiz, że jesteśmy członkami wyprawy rowerowej i wieziemy rowery, że żadnych deklaracji celnych nam nie kazano wypełniać... Łamanym rosyjskim próbuję wytłumaczyć że ważnym dokumentem są posiadane przez nas tzw. vouchery rosyjskie. Gdy idę budzić Grześka - który ma aktualnie wszystkie papiery, mundurowi nagle zwracają mi paszport i bez słowa wyjaśnienia odchodzą. Nie do końca rozumiejąc sytuację stoję nad łóżkiem z paszportem w ręku - pierwszy raz w czasie tej podróży mundurowi nie chcieli łapówki. Dopiero co obudzony Grzesiek patrzy na mnie jak na wariata - czego ja o tak nieludzkiej porze chcę ?. Zrezygnowany macham ręką że nic się nie stało - nie mam siły tłumaczyć mu całego zajścia.

Kładąc się znowu spać na wąskiej rozpadającej się pryczy, wsłuchując się w miarowy stukot kół wyglądam przez okno na oświetlony pełnią księżyca kazachstański step wracając myślami do początku podróży.
Pomysł na przejechanie rowerami z Chin do Pakistanu, przez jedną z najwyżej położonych dróg na świecie narodził się jak wiele innych - podczas wodzenia palcem po ciężkim, pamiętającym czasy Polski Ludowej, atlasie mojego ojca.

Ruszamy

Po zapadnięciu decyzji co do celu przyszłorocznej wyprawy, musiałem znaleźć towarzyszy podróży. Przez Internet (ogólnoświatową sieć komputerową) poznałem się z Grzegorzem Liro z Warszawy oraz z Mikołajem Zielinskim z Poznania i razem postanowiliśmy przejechać Karakoram Highway oraz dojechać do Indii i zrealizować tzw. Północny Wariant Drogi Lądowej do Indii.

Pierwszy etap podróży polegał na dotarciu pociągiem oraz lokalnymi środkami komunikacji do Kaszgaru w Chinach, skąd rozpoczynała się KKH (Karakoram Highway)
27 sierpnia 1999 roku wsiedliśmy do pociągu relacji Warszawa-Terespol. Rowery były złożone w kartonowych pudłach - każde ważyło ok. 20 kg. Do tego na uczestnika wyprawy przypadało ok. 30 kg sprzętu - ubrań, jedzenia, specjalistycznego wyposażenia i sprzętu fotograficznego. Tak więc w sumie mieliśmy 150 kg sprzętu w 25 częściach.

Po dojechaniu do Terespola wsiadamy w specjalny pociąg "graniczny" - kursujący między Polską i Białorusią i po godzinie jazdy przyjeżdżamy do Brześcia. Tu kupujemy bilety - jak się okazuje ostatnie - na pociąg do Moskwy i dalej do Ałma-Aty - stolicy Kazachstanu. Tak skomplikowana trasa miała na celu obniżenie ceny biletu. Bilet na bezpośredni pociąg Warszawa - Moskwa jest ponad dwa razy droższy niż nasza kombinacja.

Przeżyć w Rosji

W Brześciu pierwszy raz na naszej trasie spotykamy się z łapówkarstwem. Niestety była to oferta bardzo prymitywna - pijany żołnierz domagał się 5 dolarów za... - zresztą sam nie był niczego w stanie wymyślić za co żądać pieniędzy. Mimo męczącej natarczywości nie poddajemy się, a nawet udaje nam się parę godzin przespać na brudnym dworcu. O godzinie 3 nad ranem wsiadamy do pociągu i po 26 godzinach jazdy docieramy do Moskwy. Tu mamy nie lada problem - nasz pociąg odchodzi za dwie godziny z innego dworca kolejowego i musimy poświęcić aż 20 $ na taksówkę zdolną przewieść cały nasz majdan. Dla porównania - cała podróż pociągiem do Kazachstanu kosztuje nas 56 $ - a pokonujemy przy tym ok. 5000 km.
Godzinę przed odjazdem podstawiają pociąg "Kazachstan". Zgodnie z tradycją dopiero wtedy można wejść na peron. Pokonanie odległości dzielącej nas do naszego wagonu zabiera nam sporo czasu - wszak musimy przemieszczać się na zmianę - jedna osoba czeka przy bagażach, druga idzie z bagażami a trzecia pilnuje ich dalej. Na miejscu okazuje się że nie mamy wymaganych biletów za nadmiarowy bagaż i nie pomaga nawet nasza oferta zapłacenia łapówki. W końcu w ostatniej chwili nie bacząc na protesty wagonowego wciskamy nasze toboły i rowery do wagonu, zajmując pół korytarza. W ciemności próbujemy jakoś zapanować nad naszymi rzeczami i upchnąć je na razie na pryczach.

Pierwsze co należało zrobić to udobruchać wagonowego - najważniejszą personą w wagonie. Od jego humoru będzie zależała nasza dalsza podróż. Cena wywoławcza za nadmiarowy bagaż w postaci rowerów wynosiła 8$ za każdą sztukę - po ok. godzinie pertraktacji spadła do 8$ - ale za trzy. Jedna sprawa to załatwić formalnie a inna to praktycznie upchać to w wagonie.
Jechaliśmy najtańszą klasą - tzw. "płackartny". Każdy wagon podzielony jest na wnęki - jakby przedziały, ale bez drzwi. Dzięki takiemu upakowaniu, w jednym wagonie mieści się 50 leżanek na dwóch piętrach. Trzecia półka - pod samym sufitem służy jako miejsce na bagaż.

Po znalezieniu naszych legowisk okazuje się, że całą wnękę zajmuje rodzina Uzbeków, którzy rozłożyli się również na półkach bagażowych. Z niemałym trudem negocjujemy dwie półki na sakwy rowerowe, w których mamy cały nasz sprzęt. Uzbecy przeżywają szok, gdy widzą że to nie koniec i mamy jeszcze trzy całkiem słusznych wymiarów pudła z rowerami. Nie przejmując się protestami współtowarzyszy, na których z powodu ciasnoty, ciemności i szarpiących ruchów pociągu ciągle wpadamy i zrzucamy sakwy, tworzymy niesamowitą konstrukcję wiszącą pod sufitem i opierającą się o legowisko jednego z Uzbeków.
Przywiązujemy buty do łóżka, dokumenty i pieniądze dokładnie chowamy i nieprawdopodobnie zmęczeni, brudni oraz zapoceni układamy się we własnych śpiworach do lekkiego czuwającego snu.
Pociąg "Kazachstan" kursuje co dwa dni i w ciągu 72 godzin pokonuje trasę przez Rosję i Kazachstan do Ałma-Aty. Zgodnie ze zwyczajem w rosyjskich pociągach - na początku każdego wagonu jest samowar i codziennie rano i wieczorem jest dostępny darmowy wrzątek. Toaleta jest jedna na ok. 70 osób i dostanie się do niej rano i wieczorem graniczy z cudem.

Załatwienie potrzeby w czasie jazdy z prędkością ok. 80 km/h w tym przybytku to nie lada wyczyn. Należy wejść nogami na zgniłą, czarną od brudu i śliską deskę sedesową. Jedną ręką trzymając się okna, drugą trzeba zdjąć spodnie i utrzymując równowagę zgiąć nogi w kolanach i zrobić to co było celem wizyty. Następnie nadchodzi czas na najtrudniejszą operację - cały czas przytrzymując spodnie, żeby nie dotknęły wilgotnego sedesu, modląc się w duchu, żeby pociąg nie wszedł w zakręt, należy oderwać kurczowo zaciśnięta na oknie dłoń i dokonać czynności ablucyjnych. Potem już jest łatwiej - można się ubrać jedna ręką. Na podłogę schodzimy ostrożnie, stawiając nogi na wysepkach wybrzuszonej podłogi pośród jeziora niewiadomego pochodzenia wody.

Korzystanie z takiego przybytku ma jedna niewątpliwą zaletę - nigdzie indziej nie można w czasie takiej wstydliwej czynności oglądać przez otwarte okno wspaniałych widoków.
Każdy wagon w czasie podróży tworzy odrębną społeczność podzieloną na dwie klasy - wyższa "kupe" - w składającym się z czteroosobowych przedziałów wagonie z obsługą kelnera, dywanikami na korytarzu i czystą toaletą, oraz niższą - "płackartny" gdzie smród nie mytych, zapoconych nóg miesza się z wonią wędzonej, tłustej ryby i pierożkami z kapustą sprzedawanymi na postojach. Żeby poznać ludzi i panujące tam obyczaje, lepiej jest jechać "plackartnym" - nie dość że taniej to i znacznie ciekawiej.

W czasie drugiego noclegu w pociągu, w nocy nagle poczułem że ktoś próbuje zająć miejsce na łóżku siadając obok moich nóg. Spod przymrużonych oczu dostrzegam olbrzymią postać babci w niebieskiej sukience i chuście na głowie. Siadła na skraju i tak już wąskiego legowiska zajmując jedną trzecią jego długości. Kiedy patrzę na nią z przerażeniem w oczach, snując tragicznewizje szybkiego zakończenia wyprawy jako sprasowany naleśnik, babcia zau waża mój wzrok i uśmiecha się prezentując całą galerię złotych błyszczących w słabym świetle zębów. Dobity już zupełnie tym widokiem obracam się na drugi bok starając się zasnąć, pamiętając żeby nie pokurczyć nóg. Na nic się to nie zdało - rano budzę się mając do dyspozycji zaledwie połowę swojego legowiska. Okazało się że para Kazachów z dzieckiem została zabrana przez wagonowego, dzięki wręczeniu łapówki i odtąd podróżują z nami do następnego dnia.

Przed wyjazdem na wyprawę obawialiśmy się wyłudzeń łapówek ze strony Rosjan. Nie pomyliliśmy się - już pierwszego dnia podeszło do nas trzech wojskowych - OMON i kazało nam wziąć paszporty oraz iść do kanciapy, w której urzędował wagonowy. Zobaczywszy nasze paszporty stwierdzili, że brakuje w nich wizy rosyjskiej. Tłumaczenie, że Polaków nie obowiązują wizy, a jedynie vouchery na nic się nie zdały; stwierdzili tylko że mamy duży problem i kazali nam odejść. Za godzinę procedura się powtórzyła. Dodatkowo wyciągnęli jakiś kodeks karny i przeczytali nam że za brak wymaganych dokumentów grozi kara od 2 do 6 miesięcy więzienia. W takiej sytuacji - mówią - musimy wysiąść na następnej stacji i udać się na posterunek milicyjny. Mówimy, że w porządku i że domagamy się kontaktu z polską ambasadą. Rosjanin, uśmiechając się ironicznie, mówi że to niemożliwe bo w okolicy nie ma telefonów, a ta stacja jest na kompletnym bezludziu. Po ok. godzinie rozmowy w takim stylu pytamy się jaki proponują kompromis. Jeden z nich nic nie mówiąc pisze na kartce "200$". Na to my odpowiadamy że nie mamy tyle. Po krótkim bezskutecznym targu znowu każą nam odejść. Za kolejną godzinę podchodzą do nas znów i mówią żebyśmy się zbierali bo na następnej stacji wysiadamy. Zwracamy się do "naszego" wagonowego z pytaniem co robić, on wzrusza ramionami mówiąc że na OMON nie ma rady - zresztą cały wagon, znając już nasz problem, wydaje się zastraszony. Postanawiamy walczyć i tym razem my ich prosimy do kanciapy. Rozpoczynamy targ od nowa. W końcu po nerwowej godzinie cena zostaje ustalona na 30$.

Niestety to nie koniec naszych przygód z oficjelami. Nie minęło parę godzin, a na jednej ze stacji przyszło dwóch Kazachów. Pokazali jakieś legitymacje i poprosili do znajomego już nam z nocnego najścia przejścia między wagonami, gdzie.... bez żadnych wstępów zażądali 100$. Pomyślałem, że tego już za wiele, wściekły zdecydowałem się pokazać moją legitymację prasową. Jednak chyba mieli wątpliwości co do jej autentyczności i znaczenia, jeszcze przez chwilę próbowali się targować, ale wobec naszej nieustępliwości skapitulowali. Następna wizyta "dwójki" już nas nawet rozbawiła. Na żądanie okazania dokumentów, nie wstając nawet z siedzeń, prosimy ich o dokumenty i zaczynamy spisywać na kartce dane, pokazując moją legitymację. Wyraźnie speszeni takim obrotem spraw, pytają się tylko skąd i dokąd jedziemy oraz życząc miłej podróży... odchodzą. Zupełnie już zrelaksowani następne takie cztery wizyty załatwiamy w ten sam sposób.

Kazachstan

Pierwszego września docieramy do Ałma Aty. Tu umawiamy się telefonicznie z konsulem polskim. Podczas spotkania, które się odbywa dwie godziny później dostajemy wizy ważne na terenie wszystkich państw byłego ZSRR. Uzgadniamy z pracownikami ambasady, że za 30 dni zameldujemy się w polskiej placówce dyplomatycznej w Islamabadzie w Pakistanie.

Po zjedzeniu śniadania i wybadaniu sytuacji decydujemy się na wynajem taksówki do granicy chińskiej. Czemu prywatna taksówka jest 3 razy tańsza od państwowego autobusu, pozostanie już chyba na zawsze tajemnicą postkomunistycznego przewoźnika. Umawiamy się z taksówkarzem, że przyjedzie po nas o 22.00, a my w tym czasie wykąpiemy się w pobliskim jeziorku oraz odeśpimy stracone w pociągu noce.

Pod wieczór zaczęło się chmurzyć i wraz z zapadającym zmrokiem lunął deszcz. Czym prędzej schowaliśmy tekturowe pudła z rowerami pod parasol na kąpielisku i wysłaliśmy Grześka po naszego taksówkarza. W tym czasie nawiedza nas wojskowy patrol. Po sprawdzeniu dokumentów radzi, żeby nie przebywać w tych okolicach po zmroku z powodu złej sławy tych terenów. Z niemałym trudem pakujemy trzy pudła do bagażnika starego Audi - "na sztorc" - tak, że zasłaniają całe tylne okno, a my wciśnięci miedzy resztę pakunków zajmujemy miejsca w samochodzie.

Pięciogodzinną slalomową jazdę między dziurami, a właściwie wyrwami w kazachskiej szosie kończymy o godzinie trzeciej nad ranem w domu taksówkarza. Znajdujemy się kilka kilometrów od granicy, która jest otwierana dopiero o 9.00. Propozycja noclegu i śniadania jest nam więc bardzo na rękę. W czasie ostatniej godziny porannej jazdy taksówką samochód ledwo się trzyma na kołach - co rusz zawadzamy podwoziem o wystające z asfaltu tu i ówdzie kamienie. Dojeżdżamy do jakiegoś posterunku wojskowego. Tu samochód już zupełnie się rozłożył, a i dla nas, jak się okazało, podróż także się skończyła. Musimy wynająć następną taksówkę - która posiada specjalną koncesję na przejazd przez ok. 5-cio kilometrową strefę nadgraniczną. Jesteśmy wściekli - oznacza to dla nas dodatkowe koszty. Jakby tego było mało taksówkarz domaga się pomocy przy naprawie całkowicie zrujnowanego zawieszenia w samochodzie.
Zakurzeni pyłem z kazachskiego stepu meldujemy się w końcu, koło południa, pełni obaw na granicy kazachsko-chińskiej.

Z licznych relacji podróżników wiedzieliśmy, że przekroczenie tej granicy może nastręczać sporo kłopotów. Już samo uzyskanie wiz chińskich dla turystów - trampowiczów jest trudne. Nam w przeciwieństwie do dwóch innych polskich wypraw rowerowych ta sztuka się udała - dzięki wstawiennictwu rektorów uczelni w Warszawie i Poznaniu. Jednakże ostateczną decyzję o wpuszczeniu do kraju podejmuje zawsze urzędnik na granicy. A odmowy wjazdu do Chin wcale nie są rzadkością.

Nic więc dziwnego, że przeżyliśmy niemały szok, gdy się okazało że to właśnie problem był z urzędnikami kazachstańskimi, a nie z chińskimi. Po ok. półgodzinnym oczekiwaniu w kolejce razem z handlarzami dywanami, poproszono nas poza kolejnością do biurka. Tu rozpoczęło się szczegółowe wypytywanie - skąd, dokąd, po co, dlaczego. Do celnika rozmawiającego z nami podszedł jakiś człowiek ubrany po cywilnemu i po krótkiej rozmowie z celnikiem zwrócił się do nas mówiąc, że nie mamy deklaracji celnych. Zaczęliśmy wyjaśniać, że granicę rosyjsko-kazachstańską przekroczyliśmy w pociągu i nikt nawet nie dał nam nawet szansy wypełnienia tych dokumentów. Po półgodzinnej rozmowie i próbie załagodzenia sytuacji celnik daje nam propozycję "nie do odrzucenia" - 200$ za przekroczenia granicy. Tym razem nawet legitymacja prasowa nie pomaga - cena spada do nadal nieakceptowanej dla nas wartości 100$. Z kwitkiem wycofujemy się do poczekalni. Postanawiamy zaczekać na zmianę celników. Po trzech godzinach oczekiwania wkraczamy ponownie na plac boju. O dziwo tym razem nikt nie wymaga od nas żadnych deklaracji i już bez problemu przekraczamy obie granice. Przed murami posterunku celnego zostajemy zdani na pastwę chińskich cinkciarzy, którzy w mgnieniu oka rzucają się na nas trajkocząc w przedziwnej niezrozumiałej dla nas chińsko-rosyjsko-angielskiej mieszance języków.

Chiński mur

Naszym następnym celem był Kaszgar leżący 400 km od granicy z Pakistanem. Po przeniesieniu naszych bagaży poza ogrodzenie próbujemy się dowiedzieć o autobusy do Kaszgaru. Taksówkarze i cinkciarze na migi wyjaśniają nam, że nie ma innej możliwości dostania się tam, jak taksówką za 100$. Po parudziesięciu minutach bezskutecznego dogadywania się idziemy z Grześkiem na poszukiwania. Przed nami aż po horyzont ciągnie się betonowa trzypasmowa szosa z wydzieloną ścieżką rowe rową szerokości normalnego pasa dla samochodów. Po dwóch kilometrach dochodzimy do jakiegoś małego sklepiku i tu po półgodzinnej rozmowie na migi dostajemy wskazówki jak dojść na dworzec. Tam niestety nie możemy się za żadne skarby świata dogadać - od momentu wjazdu do Chin nie spotkaliśmy nikogo, kto mógłby porozmawiać z nami po angielsku, albo chociażby po rosyjsku. Stanęliśmy przed chińskim murem, ale nie Wielkim, lecz milczenia.
Kiedy już wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia, zjawia się, jak później się okazuje, kierownik dworca i wreszcie możemy porozmawiać po rosyjsku. W ciągu 10 minut wyjaśniamy całą naszą sytuację. Kierownik wsadza nas do praktycznie pustego autobusu i wydaje kierowcy dyspozycje gdzie ma nas zawieść. Zdziwienie zarówno Mikołaja, jak oraz taksówkarzy nie miało końca, gdy zobaczyli nasz potężny dwupiętrowy autobus, który przyjechał po nasze bagaże w charakterze prywatnej taksówki. Dalsza część formalności przebiegała już gładko. "Nasz" tłumacz wszystko nam wyjaśniał; jak mamy kupić bilety, gdzie co kupić do jedzenia na drogę, aż w końcu wsadził nas do wozu i pod wieczór ok. 17.00 ruszyliśmy do Urumchi, skąd dopiero kursowały autobusy do Kaszgaru.

Jechaliśmy autobusem tzw. "Soft sleeper" - składał się on z wyłącznie dwupiętrowych łóżek, na których pasażerowie mogli wygodnie spać korzystając z pościeli. Niestety wymiary legowiska były iście "chińskie" i już po 2 godzinach jazdy, w czasie niekończących się podskoków autobusu na wybojach, Grzesiek uderzył głową w sufit miażdżąc lampkę nocną. Najgorsze jednak były momenty, gdy podskoczywszy na wyboju autobus zaczął gwałtownie hamować - wyrzucało nas w górę niczym grzanki z tostera, po czym łóżko zostawało z tyłu, a biedne ciało leciało dalej. W tym momencie należało się obudzić i chwycić czegoś mocno - w przeciwnym wypadku delikwenta czekało twarde lądowanie w wąskim przejściu gdzie nadziewał się na bliżej nieokreślone, twarde przedmioty.

Okazało się, że kierowca często zbaczał z szosy jadąc na przełaj przez pustynie. Na początku jazdy dosłownie ryczeliśmy ze śmiechu - przypominało to zabawę w wesołym miasteczku, niestety dalsza część jazy upływała na złorzeczeniu kierowcy i chińskiemu projektantowi tego pojazdu.

Co ok. 3-4 godziny autobus zatrzymywał się na postojach, gdzie można było coś zjeść i wyprostować nogi. Zazwyczaj jedliśmy makaron z warzywami i mięsem. Potrawa, oczywiście piekielnie ostra, była konsumowana za pomocą pałeczek, którymi szybko nauczyliśmy się jeść.

Po dojechaniu namiejsce znowu mamy szczęście - pomocy udziela nam student, który posługuje się rosyjskim. Po 3 godzinnej przerwie znów ruszamy w drogę. Po trwającej w sumie 50 godzinnej podróży autobusem docieramy wreszcie do Kaszgaru - miasta z którego miała rozpocząć się nasza właściwa wyprawa rowerowa. Tu o dziwo znajduję dostęp do Internetu i po długiej walce z chińskim "Windowsem" wysyłam listy do rodziny i znajomych. Jest niedziela - więc załpujemy sie na słynny "Sunday Market" - czyli cotygodniowy targ. Koniec dnia upływa nam na wyjmowaniu z pudeł i składaniu rowerów.

Nazajutrz w pełnym rynsztunku rowerowym robimy pamiątkowe zdjęcia pod hotelem i ruszamy na pierwsze kilometry Karakoram Highway.

Na trasie

Pierwszy dzień na trasie mija nam pod znakiem piasku - jedziemy przez rozległą półpustynię. We znaki daje nam się gorący przeciwny wiatr i wszędobylski gryzący, gorzki pył. Do końca dnia pokonujemy 60 km, z niemałym trudem znajdując nocleg w krzakach pomiędzy wioskami.

Już odpierwszego dnia mamy problemy z wodą. Co prawda wioski są co ok. 30-70 km, lecz rzadko gdzie są sklepy-kramy , a już w ogóle prawie nie jest dostępna woda w butelkach. Na tych terenach nie powinno się pić surowej wody. Może ona zawierać bakterie, które dla Europejczyka są zabójcze. Z tego powodu, należy kupować wodę (zazwyczaj w półtoralitrowych butelkach), lub dezynfekować za pomocą specjalnych tabletek zawierających chlor. Innym wyjściem, które często stosowaliśmy było jedzenie owoców składających się w znacznej części z wody - w naszym przypadku, najpopularniejszy był arbuz, który za niewielką cenę można było kupić u miejscowych chłopów.

Przez pierwsze 450 km, które przejeżdżamy w 8 dni, wjeżdżamy non stop z wysokości 1500 m. n.p.m. na 4730 m. n.p.m. osiągając przełęcz Khunjerab Pass. Po drodze zaliczamy inną bezimienną czterotysięczną przełęcz.

Organizmy nie przystosowane do wysiłku na takich wysokościach powoli adoptowały się do nowych warunków. Pierwsze objawy niedotlenienia pojawiły się na wysokości 3700 m. - bóle głowy, zadyszka i szybkie męczenie się. Organizm pozbawiony normalnej dawki tlenu nie jest w stanie sprostać dużemu wysiłkowi. Aby uniknąć takich dolegliwości należy przeprowadzić aklimatyzację - stopniowe przystosowywanie się do rozrzedzonego powietrza

Podjazd na przełęcz Khubjerab Pass, gdzie znajduje się granica chińsko-pakistańska to mordercza wspinaczka przez 10 km, w czasie której średnia prędkość wynosi 5 km/h a odpoczynki trzeba robić co 1 km.

Na szczycie spotykamy grupę Francuzów również na rowerach, z którymi świętujemy wspólne zwycięstwo. Przełęcz jest płaska - znajdujemy nieopodal trawiastą łąkę i ... rozgrywamy mecz piłki nożnej, którą Francuzi przywieźli ze sobą. Gra jest męcząca - co 3-4 kopnięcia padamy zmęczeni na ziemię i odpoczywamy chwilę, ciężko dysząc, przed dalszymi akcjami. Mecz Polska-Francja wygrywamy i w doskonałych humorach - po załatwieniu formalności granicznych zjeżdżamy pięknymi serpentynami 20 km mknąc w dół z prędkością ok. 50-60 km/h.

Różnicę mentalności ludzi między Chinami a Pakistanem dostrzegamy już w czasie pierwszych kilometrów drugiego dnia pobytu w Pakistanie. Na jednym z licznych posterunków wojskowych zostajemy zaproszeni na obiad - żołnierze częstują nas sosem z mięsa, ciapatami (placki z mąki - rodzaj chleba) i herbatą. Pakistańczycy uczą się angielskiego i nasz pobyt to okazja do podszkolenia języka. Na pożegnanie robimy zdjęcia i obiecując wysłać odbitki z Polski, ruszamy w dalszą podróż.

Cały czas kontynuując zjazd dojeżdżamy do wioski, w której wynajmujemy pokój w hotelu. Resztę dnia spędzamy na gruntownym czyszczeniu rowerów a wieczór przy świecach - w Pakistanie przerwy w dostawie prądu są częste, szczególnie na prowincji. Razem z "naszymi" Francuzami, parą amerykanów, i japończykiem, który przemierza Karakorum na ... koniu, pałaszujemy wspaniała kolację.

Hotel

Większość noclegów na trasie wyprawy spędziliśmy "na dziko" - rozstawiając namiot przy drodze. Co ok. 3 dni staraliśmy się tak planować trasę żeby pod wieczór dojechać do wioski w której można wynająć hotel. W czasie trwania całej wyprawy mieliśmy okazję spać w wielu hotelach całkiem różnego standardu.

Za najdroższy hotel w którym spędziliśmy noc - w Kaszgarze w Chinach - zapłaciliśmy astronomiczną sumę 10$ za dobę za osobę. Do końca podróży nie mieszkaliśmy w lepszych warunkach. Mieliśmy do dyspozycji, urządzone z iście chińskim rozmachem, dwa duże, wysokie na 4 metry pokoje, własny balkon oraz łazienkę. Po długiej podróży pociągiem, czysty ręcznik, szczoteczka i pasta do zębów a nawet podręczny jednorazowy zestaw do szycia i filiżanki z porcelany były dla nas niewyobrażalnym luksusem. Zwyczajem chińskich hoteli jest dostarczanie klientom, pod drzwi dużych 2 litrowych termosów z wrzątkiem. Dzięki temu można sobie samemu zrobić herbatę.

Pakistański i Indyjski standard hotelów, w których mieliśmy sposobność przebywać, ma niewiele wspólnego z europejskim. Noce spędzaliśmy zazwyczaj w tanich przydrożnych hotelikach dla turystów- trampowiczów. Apartament zawierał zazwyczaj jeden pokój 2 lub 3 osobowy, małą łazienkę z zimną wodą, oraz wiatrak - chłodzący powietrze. Za tak przydatną w tych szerokościach geograficznych klimatyzację trzeba było zapłacić o połowę więcej. Ceny za taki pokój zawierały się od 1 do 3 dolarów za osobę za dzień.

Pewnego razu w małej górskiej wiosce po ponad godzinnym poszukiwaniu znaleźliśmy człowieka, który twierdził że prowadzi hotel. Okazało się że to szumne stwierdzenie zostało użyte do baraku składającego się z trzech pomieszczeń. Każde takie "mieszkanie" zawierało pokój, w którym znajdywały się jedynie dwa łóżka, okno bez szyby, oraz klitki służącej za łazienkę, w której zamiast sedesu była dziura w klepisku, a za umywalkę i prysznic służył kawałek rury wystający ze ściany na poziomie kolan. Ściana - cała odrapana, częściowo bez tynku, była siedliskiem co najmniej paru gatunków grzybów i wszelkiej maści narośli. Poduszka, kiedyś pewnie biała, miała szary kolor z wyraźne ciemnym środkiem - śladem po dużej ilości klientów, którzy z pewnością nie korzystali z tutejszej łazienki . Prześcieradło przypominało szmatę. Kolorytu wszystkiemu dopełniał rynsztok płynący tuż przed progiem drzwi. W takich wypadkach zazwyczaj rozkładaliśmy karimaty na łóżku i spaliśmy w ubraniu.

Karakorum

Następne parę dni jedziemy wydrążonym przez Indus (jedną z najdłuższych rzek na świecie), skalnym kanionem, wijącym się wśród sześciotysięcznych, ośnieżonych szczytów Karakorum, Himalajów i Hindukuszu. Tu - ok. 300 km od granicy z Chinami, na złączeniu rzek Gilgit i Indus, znajduje się miejsce gdzie stykają się te największe pasma górskie świata.

Droga wije się często przez 20 km na zbocze wąwozu - 300 m nad poziom rzeki, żeby zaraz znów zniżyć się do jej poziomu. Droga cały czas prowadzi wykutą półką skalną, która w wielu miejscach jest wyszczerbiona, tak że mieści się tylko jeden samochód. Jazda taką droga wymaga mocnych nerwów - na całej długości KKH praktycznie nie ma żadnych barierek bezpieczeństwa. O ile jazda lewą stroną rzeki była bezpieczna (w Pakistanie panuje lewostronny ruch), to zjazd z prędkością 50 km/h, mając po lewej stronie 300 metrową przepaść, a po drugiej wściekle ryczącą i dymiącą ciężarówkę, sunącą środkiem drogi pod górę, wymagał od nas stalowych nerwów.

Nasz zwykły dzień wyglądał następująco: rano wstawaliśmy ok. 7.00, śniadanie, zwinięcie obozowiska i drobne naprawy pochłaniały ok. 2 godzin. Następnie ruszaliśmy. Umawialiśmy się że w jakiejś wiosce będziemy jeść posiłek i razem, lub każdy swoim tempem jechaliśmy 3-4 godziny. Po obiedzie umawialiśmy się że jedziemy np. do 80 kilometra i tam robimy nocleg. System był dobry i pozwalał nam na podziwianiu widoków w samotności i ciszy.

Jednego razu na wskutek braku wzajemnego zrozumienia się Mikołaj odjechał daleko do przodu i nie mogąc go dogonić rozbiliśmy się z Grześkiem na noc sami. Następnego dnia Mikołaj już czekał na nas przy szosie po spędzonej samotnie nocy. Od tej pory uważaliśmy na to bardziej - okolice, przez które przejeżdżaliśmy, stawały się coraz mniej przyjazne.
Po pokonaniu 730 km docieramy do Gilgit. Tu zostawiamy rowery w hotelu i udajemy się na 6-cio dniowy trekking wokół jednego z osmiotysięczników - Nanga Parbat (8100 m. n.p.m.) W czasie trudnej trasy i po wielu przygodach, będących materiałem na następną relację zdobywamy przełęcz Mazeno Pass - 5300 m. n.p.m. Zmiana planów i załamanie pogody - opady śniegu oraz niska temperatura wydłużają trekking o 1 dzień.

Kamienne ucieczki

Pierwszy dzień jazdy na rowerze po takiej przerwie to istna katorga - obolałe nogi z trudem poruszają pedałami. Tereny przez które teraz jedziemy - 600 km z 1400 km Karakoram Highway to bardzo rzadko uczęszczane przez turystów miejsca. Dość powiedzieć, że o ile poprzednio spotykaliśmy średnio 1-2 rowerzy stów na dzień to przez 8 dni, które jechaliśmy ten odcinek, nie spotkaliśmy żadnego turysty. Wynika to ze złej sławy tych terenów. Ludzie są tu mniej przyjaźni, niż normalnie w Pakistanie.
Już pierwszego dnia po trekkingu, podczas postoju dzieci ukradły okulary przeciwsłoneczne Grześkowi. Następnego dnia grupa ok. 15 dzieci zatrzymała mnie, kiedy byłem bez szansy ucieczki - droga prowadziła pod górę, i korzystając z tego że Mikołaj i Grzesiek wyprzedzili mnie na ok. 1 km, zaczęły się agresywnie zachowywać. Zażądały oddania im jakiegoś podarunku lub pieniędzy - podczas negocjacji otoczyły mnie i rower i otworzyły sakwy z tyłu, kradnąc drobne, ale cenne przedmioty - latarkę czołową, bardzo dobre zapięcie rowerowe, a co gorsza kubek i kapelusz. Nieświadomy jeszcze tych strat - pootwierane sakwy zobaczyłem dopiero na następnym postoju, oddałem im butelkę z woda. Po tym incydencie jechaliśmy już zawsze w grupie mając pod ręką kawałek kija do odpędzania potencjalnych małych napastników. Nie uniknęliśmy jednak dość powszechnej tu praktyki rzucania w nas różnymi przedmiotami - zazwyczaj kamieniami. Robiły to praktycznie tylko dzieci, czemu ? - nie wiemy - czy z czystej zabawy, czy było to powodowane agresją. Być może uważały nas za bogatych ludzi i zawsze domagały się podarunku lub pieniędzy krzycząc "One pen" - ponieważ nie reagowaliśmy na to (zdarzało nam się to średnio parę razy na godzinę) ich odpowiedzią było właśnie rzucanie kamieniami. Od tej pory na sam dźwięk słów "One pen" nogi same naciskały mocniej na pedały, niezależnie czy było z górki czy pod górkę.

Mimo takich incydentów ludność pakistańska jest bardzo przyjazna i niejednokrotnie się o tym przekonywaliśmy. Pewnego razu zabrakło nam w przydrożnej restauracyjce pakistańskiej waluty. Pewien miejscowy policjant zaoferował nam pożyczkę. Dał nam równowartość 10 $, a my obiecaliśmy że jak tylko wymienimy gdzieś p ieniądze to mu odeślemy w liście (co oczywiście zrobiliśmy). Innym razem trafiliśmy już o zmroku do wioski, gdzie ani nie mogliśmy się rozbić, ani nigdzie nie było hoteliku. W końcu dzięki uprzejmości miejscowych ludzi spędziliśmy noc w ... meczecie, zjadłszy przedtem sutą kolację. Kiedy Mikołaj "złapał gumę", wojskowy w przydrożnym posterunku zaproponował nam obiad i herbatę. Nie trzeba dodawać, że nigdy nie musieliśmy płacić za takie gesty.

Ostatnie dni jazdy na rowerze upływają nam pod znakiem bananowców, palm oraz gorącego, wilgotnego i ciężkiego powietrza. Droga już coraz rzadziej się wznosi, dzięki temu możemy pokonywać większe dystanse w ciągu dnia. W szybkim tempie zbliżamy się do kresu naszej podróży i po 21 dniach pedałowania w 38 dniu całej wyprawy docieramy, po pokonaniu 1357 km, do Islamabadu - stolicy Pakistanu.

Pierwszą rzeczą, która robimy - jest odwiedzenie, KFC, gdzie w europejskiej atmosferze, w klimatyzowanej sali pałaszujemy opiekanego kurczaka i popijając Colą świętujemy nasz sukces. Pieniądze jakie płacimy za taką rozpustę wystarczyłyby na dwudniową konsumpcję w pakistańskich restauracjach.

Następnego dnia, zgodnie ze złożoną przeszło trzy tygodnie temu obietnicą ambasadzie w Ałma-Acie, meldujemy się w tutejszej polskiej placówce dyplomatycznej. Po krótkiej rozmowie na temat bezpieczeństwa i sposobu dotarcia do Indii zwiedzamy pokrótce miasto. Znajduje się tu największy w Azji Meczet Fajsala. Wybudowany kosztem 50 milionów dolarów, ufundowany przez króla Arabii Saudyjskiej - Fajsala, może pomieścić do 100.000 wiernych.

Będąc w Islamabadzie kosztujemy jednej z miejscowych atrakcji - jazdę publicznym autobusem. Chcąc dostać się do ambasady wypytujemy jakiegoś miejscowego, który radzi nam stanąć przy ulicy i za każdym nadjeżdżającym autobusem pytać się przechodniów o kierunek jazdy. Autobusy oczywiście nie miały żadnych oznaczeń dokąd jadą - przynajmniej w czytelnym dla nas języku. Kiedy wreszcie po ciągłym pytaniu się pada twierdząca odpowiedź, okazuje się że nasz wybór to nieprawdopodobnie zatłoczony, oblepiony ze wszystkich stron ciałami ludzkimi pojazd, chyba jeszcze z lat 50-tych, nawet bez szyb w oknach. Autobus sunął wolno w potoku samochodów. Podbiegliśmy do niego i w czasie jazdy próbowaliśmy wskoczyć na oblepioną ludzką masą drabinkę wiodącą na dach. Udaje się to tylko przez ściągnięcie jednego z pasażerów i po wspinaczce po ramionach i głowach ludzi docieramy na górę. Kiedy się sadowimy wreszcie w ciżbie, możemy odpocząć podziwiając widok tętniącego życiem miasta. Jako Europejczycy w takim środku transportu budzimy niemałe zdziwienie nie tylko naszych współtowarzyszy, ale również przechodniów. Wbrew pozorom, taka jazda jest całkiem bezpieczna, należy tylko w czasie jazdy uważać, żeby nie zawadzić głową o mijany wiadukt, lub linie wysokiego napięcia.

Do Indii

W drodze do Indii, gdzie jedziemy już miejscowymi środkami komunikacji - autobusami, zatrzymujemy się w ostatnim na naszej trasie mieście w Pakistanie - Lahore. Tanie hotele mają tu fatalna sławę wśród turystów - sami nasłuchaliśmy się historii (z pierwszej ręki), o podrzucaniu Europejczykom narkotyków, nalotach policji, grożeniu bronią, albo ciężkim więzieniem. Zawsze chodziło o to samo - wyłudzenie pieniędzy. Tym razem zatrzymujemy się w hotelu o lepszym standardzie - co wcale nie ma odzwierciedlenia w jego czystości i obsłudze.

Popołudnie spędzamy na zwiedzaniu miasta, nad którym góruje potężny fort i razem z grupą poznanych w pewnej restauracyjce Polaków wynajmujemy minibus do granicy. Przekroczenie granicy Pakistańsko-Indyjskiej jest tylko czystą formalnością, i po całonocnej podróży autobusem docieramy do Delhi - stolicy Indii.

Cel wyprawy osiągamy po 43 dniach podróży przez Białoruś, Rosję, Kazachstan, Chiny i Pakistan. W tym czasie pokonaliśmy ok. 5000 km pociągiem, 2500 km autobusami i 1400 km rowerem. Powrót do Warszawy samolotem zajął nam ok. 6 godzin.

^ do góry