Trekking dookoła Nanga Parbat

Nanga Parbat, zwana Nagą Górą to dziewiąty co do wysokości szczyt świata. Położony w zachodniej części Himalajów Wysokich, na obszarze Kaszmiru. Wznosi się do 8125 m n.p.m., tworząc potężny masyw, opadający ku północy do przełomu Indusu 4000-metrową, najwyższą na świecie ścianą.

Należy do szczytów wyjątkowo trudno dostępnych i niebezpiecznych, próby jego zdobycia w latach 1895-1950 pochłonęły 31 ofiar. Jako pierwszy wszedł nań w 1953 Austriak H. Buhl, członek wyprawy niemiecko-austriackiej. Do dzisiaj pozostała niezdobyta zimą.

Jej zła sława położyła cień na turystyce - szlakom trekkingowyn wokół Nagiej Góry popularnością daleko do takich "pewniaków" jak Mount Everest czy Annapurna w Nepalu. Dzięki temu wybierając się w ten obszar możemy być pewni, że w ciągu tygodnia nie zobaczymy żadnego sklepu i hotelu.

Po przejechaniu na rowerach 730 km od Kaszgaru oraz wjechaniu na przełęcz Khunjerab Pass (4730 m. n.p.m.), dojeżdżamy do Gilgit - największego miasteczka turystycznego w okolicach Nanga Parbat.

Odpoczywamy tu jeden dzień. W wiosce jest wiele agencji turystycznych oferujących trekking w okolicach 9-tej najwyższej góry na świecie. Ceny zazwyczaj zaczynały się od 30$ za osobę za dzień. Biura oferowały transport, przewodnika i tragarzy. Nam zależało jedynie na dostaniu się do miejsca, z którego będziemy mogli już pójść z plecakami. Najniższa oferowana cena za transport jeppem z Gilgt to ok. 30 $ od głowy.

Po rozeznaniu sytuacji podejmujemy decyzję, że jedziemy rowerami dalej, do oddalonej o 48 kilometrów wioski Jaglot. Wioska jest całkowicie nieprzystosowana do podejmowania turystów - z wielkim trudem znajdujemy coś co nazywa się hotelem, ale niewiele przypomina przybytek, który zwykło się określać tym słowem. Dla nas najważniejsze jest jednak, że mamy gdzie zostawić rowery i dużą część rzeczy.

Nazajutrz o godzinie 7.00 wsiadamy do miejscowego busika kursującego regularnie na trasie Jaglot - Astor. Bilety na nieprawdopodobnie wypchany pojazd - będący w istocie zwykłym samochodem terenowym kosztują 80 rupii od głowy (1,5 $). Jedziemy 3 godziny okrężną drogą - most na Indusie znajduje się 10 km na południowy zachód od Jaglot na KKH. Od momentu przekroczenia rzeki droga jest wąskim szutrowym szlakiem, na którym z trudem mijają się przejeżdżające z naprzeciwka samochody. Trakt wiedzie doliną Astor, pnąc się stale w górę. Średnio co godzinę zatrzymujemy się i kierowca uzupełnia rozgrzaną chłodnicę wodą ze strumieni.

Astor jest ostatnią wioską, która ma regularne połączenie ze światem. Pytając się wśród miejscowych, znajdujemy kierowcę, który zgadza się nas zabrać do Tarasching. Po krótkim targu uzgadniamy cenę 225 rupii (4,5 $) za osobę za małego jeepa. Dwuipółgodzinna jazda na pace przypomina górską kolejkę w wesołym miasteczku. Droga ciągle wspina się w górę rzeki zamieniając się miejscami w wąską ścieżkę, po której - jesteśmy gotowi się nawet założyć - samochód nie przejedzie. Kierowca dokonuje jednak cudów zręczności i z duszą na ramieniu wychylamy się za barierkę spoglądając w czeluść przepaści oddalonej od kół dosłownie o centymetry. Jedynym mankamentem jest tłok - kierowca, mimo wcześniejszych uzgodnień, że będziemy jechać sami, ciągle się zatrzymuje i bierze miejscowych.

O 15.00, nieco zmęczeni i zakurzeni pyłem lądujemy w ostatniej wiosce, do której dochodzi droga - Tarashing (2900m n.p.m.) . Znajduje się tu parę małych hotelików oraz dwa sklepiki, gdzie można kupić jedzenie odsprzedawane przez schodzące z gór wyprawy. Za jednego dolara pałaszujemy obiad i ruszamy przez wioskę do góry.

Wspinamy się na morenę boczną i brnąc przez żwirowy i mokry lodowiec Tarasching przedostajemy się na jego drugą stronę. Po drodze przyłącza się do nas miejscowy, który proponuje nam swoje usługi jako przewodnik - jest mocno zdziwiony, że idziemy sami. Składa nam propozycję rozbicia namiotu obok jego domu, z czego chętnie korzystamy, gdyż właśnie zapada zmrok. "Nasz" przewodnik jest gościnny - po rozbiciu przez nas namiotu przynosi ciepły posiłek - dal z ciapatami. Dodatkowo jeszcze zamęczani przez chmarę dzieci, które przybiegły chyba z całej wioski idziemy spać.

Rano szybko osiągamy wioskę Rupal (3150 m, ok. 4 godzin drogi od Tarashing) i lawirując między poletkami ryżu i przeskakując przez kamienne murki przedzieramy się, po czterech godzinach kluczenia przez wioskę, do sporego wypłaszczenia - tzw Herligkoffer Camp Base - zwanego również Polish Camp Base (3600m). Nad bazą - doskonale nadającą się na rozbicie dużego obozu - góruje 4,5 kilometrowa skalno-lodowa ściana Rupal. Nachylone średnio pod kątem 70-80 stopni południowe zbocze Nangi Parbat jest prawdopodobnie najwyższą ścianą na świecie.

Zaraz za Bazą Herligkoffera rozpoczyna się strome podejście na morenę boczną kolejnego lodowca - Bazhin, którego przejście zajmuje nam 1,5 godziny. W linii prostej do pokonania mamy paręset metrów, jednak głębokie szczeliny, cyrki lodowcowe i strome zbocza wypiętrzeń zmuszają nas do lawirowania, a grząski i osypujący się lodowo-kamienny żwir nie ułatwia nam drogi. Po zejściu z lodowca do kolejnego wypłaszczenia - Latobah. Pałaszujemy, długo już oczekiwany obiad, i po krótkim odpoczynku, o 17.00 ruszamy dalej Wchodzimy, przedzierając się przez krzaki, po zboczu moreny i trawersując brzegiem małego polodowcowego jeziorka dochodzimy do miejsca naszego noclegu - obok lądowiska dla helikopterów, tuż przy rzece Rupal.

Rano, w czasie śniadania, podchodzi do nas miejscowy - pasterz, i pokazując na ślad po zapalonym przez nas wczoraj wieczorem ognisku, na migi pokazuje że mamy mu zapłacić. Trochę zdziwieni takim zachowaniem - czemu mamy akurat jemu płacić - odpowiadamy, że nic nie rozumiemy i niespecjalnie się sytuacją przejmując, składamy obóz. Na odchodne tubylec pokazuje - oczywiście na migi - że jak będziemy wracać, to w wiosce będzie na nas czekał ze strzelbą. To robi na nas już większe wrażenie - przed wyjazdem słyszałem od osoby, która była w tym rejonie o podobnym spotkaniu.

Zdarzenie tospowodowało, że zaczynamy rozważać zejście północną stroną Mazeno Pass, a nie powrót tą samą drogą. Cały dzień idziemy północną krawędzią lodowca Rupal. Szlak jest monotonny. O 19.00 dochodzimy do Mazeno Camp Base - głównej bazy, skąd alpiniści atakują Nanga Parbat. Każdy z nas chciałby spędzić nocleg w pełnym rozgardiaszu obozie alpinistów - niestety baza jest całkowicie pusta. Robimy tu postój i pałaszujemy nieśmiertelne chińskie zupki w ilości 2 sztuki na głowę. Dzisiejszy plan zakłada dojście do bazy wysokiej (High Base Camp), wiec po odpoczynku ruszamy na ostre podejście, które prowadzi już bezpośrednio na przełęcz. Wdrapujemy się trawiastym stokiem - jak się zaraz okazuje - moreną czołową, na lodowiec i szukamy kawałka płaskiego miejsca, który można by nazwać bazą. Lodowiec pokryty jest jak zawsze skalnym gruzem. Dodatkową przeszkodą są kamienie - w całkiem sporej ilości i wielkości. Zapada już zmrok, a my dalej błądzimy w świetle księżyca w pełni, przeskakując z kamienia na kamień i bezskutecznie rozglądamy się choćby za dużym głazem, na którym można postawić namiot. Wreszcie Grzesiek znajduje łachę piachu. Rozbijamy się i skonani idziemy od razu spać.

Rano pobudka o siódmej. Szybko jemy i zbieramy się. Dopiero po dwóch godzinach marszu docieramy - jak przypuszczamy - do High Mazeno Camp Base. Widoczna wreszcie przełęcz podnosi nas na duchu - przynajmniej idziemy w dobrym kierunku i mamy określony cel. Niestety, jak to w górach bywa, majaczący na horyzoncie obiekt zdaje się nie przybliżać ani na jotę. Jesteśmy na wysokości ok. 4500 m n.p.m. Każdy idzie swoim tempem; ja wspinam się w rytmie 10 kroków, 5 sekund odpoczynku.Nie patrzę przed siebie, tylko pod nogi - starając się zawsze dobrze postawić nogę na kamieniu - każde zachwianie się i utrata w związku z tym równowagi to dodatkowy - niepotrzebny wysiłek dla organizmu. Tuż przed samą przełęczą leży duża łacha zmrożonego śniegu. Grzesiek prowadzi. Mikołaj próbuje skrócić drogę, jednak w połowie przeprawy traci równowagę i z chrzęstem zsuwa się na początek przeszkody. Pomny tego dokładnie i metodycznie wykuwam stopnie w śniegu. Wejścia na samo siodło przełęczy broni jeszcze nawis śnieżny, który z trudem forsuję.

Wreszcie zdobyliśmy przełęcz Mazeno Pass -5400 m n.p.m !. Jesteśmy zaledwie (lub aż ?) 2700 metrów od szczytu Nangi Parbat !. Widok na dolinę po drugiej stronie pasma jest przepiękny - widać bardzo szeroką dolinę ze spływającym po jej dnie jęzorem szaro-białego lodowca z rysującymi się szczelinami.

Musimy teraz podjąć ważna decyzję - gdzie idziemy: czy wracamy, jak było w planach - tą samą drogą czy też spróbujemy wariantu okrążającego górę. Wedle większości uzyskanych informacji zejście jest bardzo trudne i wymaga raków, czekanów i liny. Spotkaliśmy jednak podczas podejścia parę Niemców, którzy twierdzili, że bez większych problemów sforsowali tą drogę, bez żadnego sprzętu. Grzesiek jest mocno za zejściem nową drogą, Mikołaj też wyraźnie ma na to ochotę. Ja długo się waham, ale ostatecznie przekonuje mnie argument, że wracając ta drogą zyskujemy jeden dzień, no i oczywiście nie powtarzamy drogi.
Z początku schodzimy bardzo wyeksponowanym zejściem, brodząc po kostki w żwirze. Mimo stromizny szlak jest bezpieczny - żwir skutecznie nas hamuje. Po ok. 200 metrach, kamyki ustępują jednak miejsca kruchej skale. Lawirowanie podczas szukania bezpiecznych przejść, mocno spowalnia nasz marsz - do zmroku zostały jeszcze ok. 2 godziny, a szlak staje się coraz trudniejszy. Prowadzi Grześ, który najszybciej z nas forsuje przeszkody. W końcu jednak dochodzimy do miejsca, w którym wydaje się że sprawa jest beznadziejna. Przed sobą mamy zejście na lodowiec nachylone pod kątem ok. 40%. Z prawej strony jest pionowa skalna ściana. Ok. 50 m niżej widać potężna szczelinę. Nie mamy nawet co próbować wchodzić w tym miejscu na lód - nie dość że nie mamy raków - to każde poślizgnięcie zakończymy w niewiadomo jak głębokiej szczelinie. Jedyne wyjście to skorzystanie z wąskiej na 2 cm szczeliny w lodzie tuż przy skale - jest to jedyny punkt chwytu - skała jest tak krucha że nawet nie ma co próbować z niej korzystać - rozpada się po zaciśnięciu na niej dłoni.

Najpie rw chcemy pozbyć się obciążenia - łączymy wszystkie liny, jakie mamy, zaczepiamy na końcu plecaki i Grzesiek, który stoi parę metrów niżej ode mnie spuszcza je powoli po lodzie, a ja - po zrobieniu sobie stanowiska - ubezpieczam koniec liny. Grześkowi nie udaje się wcelować bagażem w bezpieczne miejsca i plecaki ku naszemu przerażeniu znikają za krawędzią szczeliny lodowej. Potężne szarpnięcie ważących w sumie ok. 40 kg bagaży wyrywa z rąk Grześkowi linę, i cały ciężar przechodzi na mnie. Z dużym trudem, ale jednak udaje mi się utrzymać je, i razem już kotwiczymy prowizorycznie linę. Mikołaj stoi i patrzy bezsilnie ponad nami - nie może nam pomóc - jest tak mało miejsca gdzie można stać bezpiecznie, że z trudem się nawet obracamy wokół własnej osi. Wydarzenia te spowodowały, że teraz musimy już działać szybko - plecaki w każdej chwili mogą zniknąć w rozpadlinie. Grzesiek nie zastanawiając się długo dosłownie zeskakuje w dół i ześlizguje się hamując rękoma po osypującej się skale. Patrzę z przerażeniem, na jego akrobatyczne wyczyny i wstrzymuję oddech. Zejście odcinka trwa parę minut i z ulgą wzdycham, gdy jest już na dole. Nie na długo jednak - bo ... Grzesiek nagle znika w szczelinie. Zanim zdążyłem nawet pomyśleć co się stało, nagle czuję że lina poluzowała się, a tuż nad krawędzią wychyliła się uśmiechnięta głowa Grześka machającego żebym puścił linę. Okazało się że mamy wielkie szczęście - szczelina jest płytka. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byłem tak szczęśliwy - sprawa wyglądała naprawdę beznadziejnie, a co gorsza pogoda zaczyna się psuć. Po kolei z Mikołajem schodzimy, wytyczona przez Grzesia drogą, powoli krok za krokiem stawiając nogę. W tym czasie Grzesiek wrzuca swój bagaż na plecy i znowu pierwszy bierze się za forsowanie następnych przeszkód. Znajdujemy się teraz na lodowcu i przed nami są trzy długie, i jak się okazuje głębokie szczeliny, które musimy ominąć. Dosłownie w ostatniej chwili wychodzimy na płaski i pozbawiony dziur kawałek lodu. Byliśmy tak zaaferowani kluczeniem między przeszkodami, że nawet nie zauważyliśmy, że dolinę powoli zaczęła zalewać gęsta mgła. Naszym jedynym marzeniem jest rozbić namiot i szybko wejść do ciepłego śpiwora.
Mimo że jesteśmy wycieńczeni, komentujemy jeszcze przez jakiś czas wydarzenia tego dnia. Nocleg wypadł na lodowcu na wysokości ok. 5000 m . Nie jesteśmy zaaklimatyzowani do takiej wysokości - prawdopodobnie to jest powodem kiepskiego snu - prawie połowę nocy przeleżałem z otwartymi oczami.

Gdy rano się budzę, odczuwam ulgę - zaraz wstaniemy i jeszcze dziś powinniśmy zejść z tego przeklętego lodowca. Świadomość, że cały czas znajdujemy się na lodzie - który bądź co bądź jest wodą, tyle że w innym stanie skupienia, nie daje mi spokoju. Nawet nie chce myśleć ile w takim lodowcu jest przepastnych szczelin. Rozpinam namiot i widząc zasnuty mgłą i sypiącym śniegiem świat wyjaśnia się powód porannego szczękania zębami. Szybko przełykamy nieśmiertelną kaszkę z rodzynkami, orzeszkami i innymi specjałami mającymi na celu jedynie wpompowanie w organizm wystarczającej ilości energii na cały dzień i zbieramy obóz.

Pierwsze trzy godziny marszu przebiega cały czas po lodowcu. Urozmaiceniem trasy jest szukanie obejść dużych szczelin oraz wyszukiwanie małych niecek, wypełnionych wodą i pokrytych cienkim lodem, i lawirowanie między nimi. Kiedy wreszcie stawiamy ten krok na twardą Matkę Ziemię możemy powiedzieć, że najgorsze już za nami. Kiedy się odwracam, na horyzoncie widać trasę naszej wczorajszej katorgi - prawie pionową - teraz już całkowicie białą ścianę. Przed nami natomiast - w oddali majaczą krzaki i niskie, karłowate brzózki. Schodzimy moreną czołową do rzeki. Według mapy powinna tu być gdzieś wioska, ale poza paroma wymarłymi chatami nic nie możemy znaleźć - również mostku. Znalezienie przeprawy zajmuje nam godzinę czasu.

Idąc cały czas lewym brzegiem rzeki powinniśmy dojść do Loibah Meadows. Wąska ścieżka wznosi się coraz wyżej. Niczym nie przypomina to bezpiecznego szlaku dla turystów. Trakt jest wąski, a po prawej stronie zbocze opada bardzo stromo w dół do rzeki. Momentami nie ma żadnych drzew - tak więc zachwianie równowagi można przypłacić dwudziesto metrowym zjazdem i kąpielą w zimnym potoku. Na szczęście wchodzimy w las. Zaczyna zapadać zmrok. Zupełnie nie pasuje mi, że droga idzie tak wysoko - wcześniej widzieliśmy jakąś ścieżynkę odbijającą w prawo - trzymającą się wzdłuż rzeki, ale Grzesiek i Mikołaj nie chcą tracić uzyskanej wysokości i wracać skoro tak daleko zaszliśmy. Kiedy robi się tak ciemno, że już nie widzimy się nawzajem, sytuacja zaczyna robić się niewesoła. Ścieżka cały czas jest wąska i biegnie po tak stromym zboczu, że nie ma nawet jak położyć się w śpiworze z gwarancją że rano się nie obudzimy na samym dole. Przemy cały czas do przodu. Na szczęście wychodzi zza chmur księżyc. Wreszcie wychodzimy na polanę, na końcu której majaczą sylwetki zabudowań. Chcemy się położyć po cichu w kamiennej chatce bez jednej ściany, ale zaraz zostajemy dostrzeżeni przez miejscowego. Nie robi nam żadnych problemów i pozwala się ułożyć do snu. Na kolację dostajemy ciapati i mocno już znużeni kładziemy się spać.

Rano po uzyskaniu informacji że Zangot jest już blisko, postawiamy zejść na przełaj w dół. Na nasze szczęście zanim jeszcze wyszliśmy z wioski, spotykamy naszego gospodarza, który zgadza się przeprowadzić nas. Gdyby nie on, myślę że nie mielibyśmy szansy znaleźć prawidłowej drogi, szczególnie, że ta biegła w paru miejscach nad przepaścią. Po dwóch godzinach bardzo trudnej drogi możemy wreszcie zanurzyć opuchnięte stopy w zimnym potoku. Oczywiście nasz przewodnik nie byłby prawdziwym azjatą, gdyby nie zaśpiewał wysokiej ceny za wykonaną "pracę" - zażądał po 2 $ od głowy. Po długich targach stanęło na tej samej cenie, ale za nas trzech.

Po ominięciu Zangot, do wieczora idziemy cały czas wzdłuż Diamir i dochodzimy do Halaley Bridge. Tu wbrew nazwie za nic nie możemy znaleźć mostu. W końcu z duszą na ramieniu i na miękkich jak plastelina nogach przechodzimy nad wezbraną Bunar po przerzuconym słupie telegraficznym.

Dawno nie byłem już tak szczęśliwy, jak terez, gdy dotarliśmy do drogi, po której jeżdżą normalne samochody. Co prawda zapadł już zmrok, ale bez większych problemów zatrzymujemy jeepa, który za 20 $ odwozi nas do Jaglot gdzie lądujemy przed północą.

Kolejne 8 dni jedziemy na rowerach do Islamabadu. Stąd busem przejeżdżamy do Lahore, a następnie na granicę pakistańsko - indyjską. Następnie z Amristaru - po krótkim zwiedzaniu docieramy do Delhi.

^ do góry