Tunezja na rowerze
Relacja

 


Wybrzeżem

Pierwsze kilometry tunezyjskiej szosy nie są zbyt zachęcające. Mimo że jest to drugorzędna droga, duży ruch samochodowy, ciężarówki i smród spalin skutecznie zabijają całą przyjemność z jazdy na rowerze. Wysokie żywopłoty z kolczastych pięknych opuncji przyprószonych żółtymi owocami nie są w stanie zakryć ton śmieci leżących po obu stronach drogi. Dopiero widok Mahdij - małego portowego miasteczka, gdzie zatrzymaliśmy się na nocleg wynagrodził nam te trudy. To piękne miejsce położone na samym cyplu uniknęło jeszcze zalewu turystów i gigantycznych kompleksów hotelowych. Zostajemy tutaj cały dzień wygrzewając się na plaży. Droga do Sfaxu - częściowo główną szosa przebrała czarę goryczy. Wydaje się, że jeżdżą tutaj wyłącznie olbrzymie śmierdzące ciężarówki. Dodatkowo zwiedzanie w okrutny upał - co prawda - pięknego i okazałego amfiteatru w El-Jem dołożyło swoje. O godzinie 17.30, gdy już wiemy, że przed zmrokiem nie dotrzemy do Sfaxu łapiemy stopa. Za drugim razem zatrzymujemy furgonetkę, rowery lądują na pace, a Agata i ja ledwo wciskamy się do środka na przednie siedzenie. Zostajemy wysadzeni na obrzeżach sporego miasta i po 10 km pedałowania, po ciemku docieramy do hotelu Medina.
Rano budzi nas piękne i głośne nawoływanie muezina do modlitwy z minaretu. "Hajja ala-alssalah...." - czyli "Szybko chodźcie na modlitwę" rozlega się codziennie 5 razy: o świcie, w południe, późnym popołudniem, o zmierzchu i po zmroku. Modlitwa jest jednym z pięciu filarów tej wiary i słychać ją wszędzie - w meczetach, na ulicy czy w sklepie.

Do Matmaty

Cały dzień poświęcamy na włóczenie się po Medynie - ale nie po hotelu tylko po starym mieście - bo tak się określa tę część miasta po arabsku. Po wczorajszych doświadczeniach omijamy pociągiem stutrzydziestokilometrowy odcinek bardzo ruchliwej szosy do Gabes. Pakujemy sakwy na bagażnik i oczywiście w największy upał - w samo południe ruszamy ku Matmacie mając nadzieję na ładną drogę. Z daleka od wszelkiego rodzaju pojazdów, mogliśmy nareszcie spokojnie pedałować. Początkowo po płaskim, ale zbliżając się do Matmaty teren coraz bardziej wypiętrzał się. Podjazd do samej wioski to już alpejskie serpentyny, na szczęście jest chłodniej - słońce powoli chyli się ku zachodowi. W hotelu, do którego docieramy już po ciemku dostajemy - jak przystało na okolice pokój pod ziemią. Matmata to jedno z najbardziej znanych miejsc w Tunezji. Słynie z osad troglodytów gdzie Berberowie swoje domostwa drążyli w skale. Najpierw wykopywali w miękkim piaskowcu duży centralny dziedziniec na planie koła, a następnie wokół niego wykuwano tunele prowadzące do pomieszczeń mieszkalnych. W ten sposób nawet w południe pomieszczenia były chłodne. Hotel wykuty w skale miał jeszcze jedna zaletę - nikt przynajmniej nie robił nam problemów z przechowaniem rowerów w "pokoju".
Rano tradycyjne tunezyjskie śniadanie wliczone w cenę (nienajmniejszą) pokoju. Bagietka, maleńkie pudełeczko masła i dżemu oraz kawa. Nawet mrówka dobrze by się nie najadła, a co dopiero cykliści. Później nauczyliśmy się, żeby zawczasu kupować serki topione i duży słoik dżemu, na szczęście bagietek nie reglamentowali. Cały dzień zwiedzamy okolicę - mieszkańcy często proponują wejście do podziemnych pomieszczeń - oczywiście nie za darmo... Co chwila podjeżdżają wielkie autobusy pełne opalonych Niemców, Holendrów, czy Polaków. Turyści obowiązkowo zwiedzają nasz hotel - Sidi Driss - właśnie tutaj w barze kręcono część scen do Gwiezdnych Wojen i zachowały się dekoracje, niestety już mocno nadgryzione zębem czasu. Jesteśmy jedynymi gośćmi hotelu - być może z powodu gigantycznych karaluchów umilających nam czas podczas wieczornej toalety.

Aby do Dżerby

Kierujemysię na wschód - ku morzu. 30 km górskiej drogi do Toujane to piękne widoki, ostre serpentyny, często jeszcze szutrowa droga - robotnicy właśnie robili nowiutki asfalt - czyli to co rowerzyści lubią najbardziej. Podczas jednego ze zjazdów przednie koło - obciążone sakwami - wpada w poślizg na mokrym błotnistym szutrze (droga jest polewana wodą na czas robót drogowych, aby się nie kurzyło) i omało nie wpadam pod olbrzymią ciężarówkę. Wygrzebuje się spod kół samochodu cały ubłocony. Na przełęczy pomagamy małemu chłopcu napompować koło w rowerku i zostajemy poczęstowani dojrzałymi daktylami - bardzo kalorycznymi - oraz miętową herbatą w tradycyjnych małych szklaneczkach. Takie chwile, gdy objuczony rower stoi obok, a my siedząc w kucki w cieniu kamiennego murka- jak wszyscy, odpoczywamy i kontemplujemy wszystkimi zmysłami miejsce w którym się znaleźliśmy są warte wszystkich wcześniejszych wyrzeczeń, żeby tutaj się znaleźć..
Sama wioska Toujane jest bardzo fotogeniczna i jest to jedno z najładniejszych miejsc, jakie odwiedziliśmy - położona w wąwozie biegnącym w stronę morza z kamiennymi domami przyklejonymi do jego zbocza. Za przełęczą piękny i ostry zjazd. Niestety duże prędkości są wykluczone - droga jest wąska i dziurawa jak sito.
Następnego dnia docieramy na Jerbę i spędzamy tutaj 4 dni w hotelu wylegując się na plaży z palmami. Jadąc z powrotem rowerami powtórzylibyśmy przez cały dzień część trasy, i z tego powodu decydujemy się na taksówkę. Rowery lądują na dachu i w ekspresowym tempie przenosimy się z powrotem do Medenine.

W krainie Ksarów

Nasza trasa biegnie wzdłuż pasma górskiego oddzielającego wybrzeże od pustyni. Znajdują się tutaj ksary - ufortyfikowane warownie składające się z wielu dwu, lub trzykondygnacyjnych spichlerzy (gorf). Budowali je rdzenni mieszkańcy - Berberowie, którzy pod naporem koczowników w X i XI wieku opuszczali żyzne doliny i chronili się w ufortyfikowanych miasteczkach. W razie ataku nieprzyjaciół ludność wioski chowała się w Ksarze broniąc to co decydowało o przeżyciu - czyli jedzenie i wodę.
Cały czas wyprzedzają nas autokary i coraz większa ilość Jeepów - nic dziwnego zbliżamy się przecież do Sahary - jednej z głównych celów wycieczek znad morza. Góry to wreszcie okazja do rozbicia się na dziko; możemy ukryć namiot za pagórkiem. Po zwiedzeniu Ksaru Hadada - bardzo ładnie zachowanego, z mnóstwem zakamarków - kierujemy się do małej wioski Chenini. Tutaj musimy znaleźć drogę biegnąca już przez pustynię - na zachód. Mamy z tym małe kłopoty, ale po ok. godzinnym błądzeniu wreszcie ją znajdujemy. Dojeżdżamy do rozstaju gdzie kończy się asfalt, i już przy szutrowej drodze rozbijamy namiot. W nocy mamy tajemniczych gości - jakiś miejscowy jeep zatrzymuje się dosłownie 10 metrów od nas i słyszymy jak kierowca coś przelewa z lub do metalowych kanistrów. Może po prostu zabrakło mu benzyny i uzupełniał paliwo, ale napędził nam strachu, szczególnie, że jesteśmy z daleka od zamieszkałych terenów, a noc była księżycowa. Na szczęście byliśmy tak ukryci w krzakach, że nikt nas nie zauważył. O 6.20 wstajemy i po śniadaniu nieco niewyspani ochoczo bierzemy się za pokonanie najbardziej dzikiego odcinka na naszej trasie. Droga to typowy pustynny trakt - dwie koleiny wyżłobione w żwirowo-piaszczystym podłożu, gdzieniegdzie są porozrzucane małe, kolczaste krzewy. Po 5 kilometrach droga rozdwaja się. Oczywiście nikogo nie ma, żeby zapytać się która odnoga jest właściwa. Zresztą takie rzeczy to normalna rzecz na pustkowiach; szlaki są robione według potrzeb - jeśli ktoś, gdzieś musi jechać, droga sama się robi - tutaj nic nie ogranicza "kreatywności" kierowców. Z tego właśnie powodu nie ma nigdy dokładnych map takich terenów - zawsze trzeba się pytać miejscowych - oni są tutaj alfą i omegą. Po krótkim namyśle obieramy bardziej zachodnio-południowy kierunek - przy najbliższej okazji weryfikujemy naszą decyzję i okazuje się ona na nasze szczęście trafna. W ciągu dnia co ok. pół godziny mijają nas całe tabuny identycznych - zazwyczaj białych - Toyot, Jeepów, czy Nissanów. W każdym z klimatyzowanych samochodów siedzi 6 turystów i kierowca.

Lodówka na pustyni

Kiedy na 25 kilometrze - po 3 godzinach jazdy w czterdziestostopniowym upale widzę starą, zardzewiałą i powykrzywiana tablicę, z ledwie widocznym napisem "Cafe" - myślę sobie, że płyny chłodzące moją głowę już się porządnie zagrzały. Przystajemy na chwilę, żeby się ochłodzić pijąc gorącą wodę z bidonu, marząc o zimnej coli. Kiedy po paru kilometrach na horyzoncie pojawia się buda zbita z desek, przypominamy sobie o mijanym wcześniej drogowskazie; czyżby jednak...? Gdy w końcu docieramy do owej - jak się okazuje cafe, i na pytanie czy jest Cola, w naszych rękach ląduje butelka zimnego czarnego napoju, moje zdumienie jest tak wielkie, że idę na zaplecze i na migi pytam się właściciela skąd u licha na środku pustyni, z daleka od wszelkiej elektryczności posiada zimne napoje. Moje zdziwienie jest tym większe, jak zobaczyłem starą lodówkę, wypełnioną napojami, ociekającą wręcz lodem w środku. Obchodzę ja dookoła szukając kabla - oczywiście nie ma go. Rozwiązaniem zagadki jest gaz - lodówka jest po prostu zasilana gazem. Z tyłu stoi butla i pali się mały płomyk zasilający pewnie całą sprężarkę. Miły właściciel - Bechir częstuje nas za darmo makaronem z tradycyjną bardzo ostrą pastą z papryki - harisą. Gawędzimy z nim na migi. Na pytanie czy widział tu jeszcze jakiś rowerzystów poza nami, odpowiada że turystów nie, ale co roku jest organizowany wyścig na rowerach po pustyni i wtedy tą droga przejeżdża cały peleton zawodników. Jedzenie było za darmo, sympatyczny arab odbił sobie z nawiązką na coli i wodzie, którą musieliśmy gasić żar w buzi po objedzie. Napoje kosztowały parę razy drożej niż normalnie. Mimo uwag na migi Bechira, że jazda w taki upał to szaleństwo, musimy ruszać dalej. Żar lejący się z nieba słabnie do ok. 30 stopni, więc posileni i wypoczęci pokonujemy prawie 20 km. Teren zrobił się jeszcze bardziej pustynny - jak okiem sięgnąć na horyzoncie są tylko małe wydmy z drobnymi krzewami. Droga jest czasami przysypana piaskiem, tak że rowery musimy przeprowadzać przez piaszczyste łachy. Obóz rozmijamy 50 metrów od drogi - i tak nie ma gdzie się ukryć.
Żadne słowo nie opisze tego co się czuje pijąc herbatę z blaszanego kubka, kiedy cisza zalega nad bezkresną pustynią po zgaszeniu benzynowej maszynki. Kiedy już nie trzeba pedałować, żołądek jest syty, a w namiocie czeka rozłożony śpiwór. Dla takich chwil warto cały rok czekać i odkładać każdy zarobiony grosz.

A to piach...

Rano skoro świt zrywamy się i brnąc w gęstym piachu docieramy do naszej drogi. Jest coraz gorzej - piasek jest sypki, i tworzą się sporej wysokości wydmy na naszym szlaku. Jeśli dalej tak będzie, możemy mieć problem... O dziwo po 3 kilometrach docieramy wreszcie do rurociągu. O dziwo, bo z mapy wynikało, że czeka nas jeszcze paręnaście kilometrów jazdy, a tu taka niespodzianka. Na zardzewiałym i pogiętym drogowskazie widzimy upragniony "Ksar Ghilane". Stajemy tylko na chwilę, bo nawet nie zdążyliśmy się jeszcze porządnie zmęczyć, i gawędzimy z Francuzami jadącymi na czele kawalkady Jeepów. W odróżnieniu od większości "białasów" nie są wożeni klimatyzowanymi luksusowymi maszynami przez miejscowych przewodników, ale sami jeżdżą własnymi samochodami po pustyni. Są mocno zdziwieni, gdy się dowiedzieli że przejechaliśmy drogę na rowerach z Chenini. Pocieszamy ich, że skoro my przejechaliśmy, to i oni sobie poradzą - w końcu co cztery koła to nie dwa. Gdy odjeżdżamy widzimy jak wyciągają jeszcze kamerę i filmują nas.

Oaza

10 kilometrów,które zostały nam do widocznej cały czas na horyzoncie w postaci czarnej plamy oazy, jedziemy zupełnie odprężeni upajając się myślą o kąpieli w jeziorkach. Zamiast jednak przywitania szumiącymi palmami musimy przejechać przez niezbyt piękne podwórka, z porozrzucanymi śmieciami, obok prowizorycznych zagródek na zwierzęta. Im jednak bardziej wgłębiamy się w oazę, tym bardziej robi się ładnie. Docieramy do campingu na którym jest małe jeziorko wypełnione ciepłą wodą. To jedna z atrakcji Ksar Ghilane - gorące źródła. Niestety miejsce jest bardzo skomercjalizowane - przyjeżdżają tutaj prawie wyłącznie jeepy z nadmorskich kurortów. Nie ma żadnych sklepów, a ceny w barach przyprawiają nas o zawroty głowy i to nawet po ochłodzeniu wodą. Tym bardziej cieszymy się ze spotkania grupy prawdziwych maniaków starych samochodów. Przyjechali tutaj swoimi jeepami z II Wojny Światowej z Holandii, i aby dotrzeć do oazy przedzierali się z Douz przez środek pustyni. Cała karawana około dwunastu samochodów miała oczywiście miejscowego przewodnika, ale i tak utknęli i zakopali się. Miejsce przez które przejeżdżali to na mapie jednostajny żółty obszar piasków nie przecięty nawet najmniejszą dróżką. Moje - od początku mało realne marzenie przejechania tą trasą prysły, jak bańka mydlana. Delektujemy się cieniem i kolejnymi butelkami coli, ale niestety na nas już czas. Żegnamy starego pułkownika oraz jego towarzysza i czyści i pachnący wsiadamy na nasze rumaki z napędem na jedno koło. Kolejne zaskoczenie tego dnia: asfaltowa droga. Na mapie oczywiście nic na ten temat nie można wyczytać, ale przynajmniej przez 15 kilometrów gnamy jak opętani. Po dojechaniu z powrotem do rurociągu sielanka się kończy. Szutrówka (arabowie mówią: piscine) - jak to często w krajach pustynnych bywa - biegnie wzdłuż rurociągu naftowego. Droga ta jest jedną z dwóch biegnących na południe kraju - w stronę Libii i Algieri. Z tego wywnioskowałem, że mimo że będzie ona szutrowa, to jednak lepszej jakości niż dotychczasowy szlak. Niestety jest jeszcze gorzej. Większy ruch powoduje powstawanie na całej jej szerokości tarki - małych garbów, podobnych do tych jakie się tworzą w miastach przed światłami gdy asfalt "zwija się" pod kołami hamujących pojazdów. Do tego oczywiście dochodzą nieustające piaszczyste łachy. W ciągu 40 minut pokonaliśmy asfaltem 15 km, a teraz grzebiemy się jak dzieci w piaskownicy i w ponad dwie godziny pokonujemy zaledwie 5 km.

Zmęczeni, a przede wszystkim zniechęceni rozbijamy obóz obok drogi. Dosłownie dziesiątki białych jeepów przejeżdżające z dużą prędkością i wzniecające tumany kurzu zniweczyły całe nasze popołudniowe mycie. Nawet wieczorem, po zapadnięciu zmroku słyszeliśmy wycie hordy terenowych motorów.
Rano wytrzepujemy się z drobnego piachu, który mamy dosłownie wszędzie i po szybkim śniadaniu ruszamy. Sytuacja nie poprawia się ani na jotę, tylko upał się wzmaga, aby w południe dojść do ok. 40 C w cieniu. Coraz więcej czasu brniemy w piachu. Rano kierowca z przejeżdżającej furgonetki proponuje nam podwiezienie, ale dziękujemy za propozycję. Im bliżej jednak do południa, tym bardziej plujemy sobie w brodę. Według mapy mamy jeszcze około 80 kilometrów do asfaltu. W takim tempie - liczę - może tam to zająć 3-4 dni. Z ciężkim sercem podejmujemy decyzję o skorzystaniu z pomocy samochodu, ale oczywiście jak na złość, przez najbliższą godzinę nic nie jedzie. Nic oprócz spychaczo-koparki....

Wykopani z piachu

Jedną z zalet krajów azjatyckich czy afrykańskich - jest w odróżnieniu od sztywnych Europejczyków - całkowita bezproblemowość. Ileż to razy można usłyszeć magiczne wręcz "no problem". Rowery lądują w olbrzymiej łyżce, a ja z Agatą wciskamy się po obu stronach kierowcy do kabiny. Nie, żebym oczekiwał wygód, ale siedzenie na rozgrzanej obudowie silnika, z lewarkiem skrzyni biegów między nogami, nie należało do przyjemności. Kierowca uśmiechnięty, kilometry piekielnej pustyni zostają za nami (a właściwie centymetry, bo jedziemy z z oszałamiająca prędkością 15 km/godzinę) piękna pogoda - żyć nie umierać... Po drodze pałaszujemy jeszcze tunezyjski obiad - kaszę kus?kus z wściekle ostrym sosem z papryki i sielanka się kończy spotkaniem z żandarmerią. Niestety panowie policjanci nie byli już "no problem" i tylko możemy się domyślać - bo nie znali angielskiego - że kierowca koparki miał nieprzyjemności. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.... przynajmniej zmieniliśmy środek lokomocji na szybszy, a nawet wściekle szybki. Zostajemy dowiezieni do kolejnej oazy - Bir Soltane, i z powrotem lądujemy na siodełkach rowerów. Do Asfaltu zostały 35 km, ale droga się nie poprawiła ani o jotę. Zrezygnowani prowadzimy znowu rowery po piachu, ale nie ma to większego sensu, więc znowu łapiemy stopa, i ... po 20 minutach znowu lądujemy na pace policyjnej terenówki. "Nasi" policjanci chyba sami doszli do wniosku, że z tej piaskownicy się tak szybko nie wygrzebiemy. Na upragnionej szosie lądujemy przed 18.00 i natychmiast gnamy jak na skrzydłach ze średnią prędkością 21 km/godzinę do Cafe Tarzan. gdzie nocujemy w szałasie z palmowych liści.
Zanim dotrzemy - już po czarnej i utwardzonej drodze do Bramy Sahary - czyli Douz, przyjdzie nam się zmierzyć jeszcze z burzą piaskową. Dziwne przeżycie - gdy ze zbierających się i gęstniejących, ołowianych chmur zamiast strug deszczu do ataku ruszają miliardy drobin piasku wciskających się w każdy zakamarek ciała i roweru.
Zaraz po dotarciu do hotelu zmieniamy na parę godzin środek transportu na bardziej odpowiedni na pustynne wojaże. To niesamowite, jeszcze parę godzin temu zmagaliśmy się z wiatrem, piaskiem i zmęczeniem, a teraz - wieczorem obserwujemy zachód słońca z wysokości wielbłąda razem z innymi turystami, przeżuwając ponoć najlepsze na świecie, a na pewno w Tunezji, daktyle- zwane "palcem światła". Są niezwykle słodkie i mają prawie przeźroczysty miąższ.

Po jeziorze

Przed nami ostatni etap - 130 km drogi przez największe w Afryce północnej wyschnięte słone jezioro - Chott el-Jerid. Wreszcie siły natury sprzyjają nam: cały dzień mamy wiatr w plecy. Przez 60 kilometrów po obu stronach drogi ciągnie się biała solna pustynia. Dopiero tutaj - na środku jeziora - tyle że wyschniętego - pierwszy raz od trzech tygodni jesteśmy mokrzy nie od potu, ale od deszczu. Krótka ulewa nie pozwoliła nam nawet dobrze odpocząć pod daszkiem z palmowych liści w przydrożnej cafe. Ostatnie 20 km przez wioski jedziemy już po zmroku. Niestety nie należy to do przyjemności - za nami słyszymy nieustające krzyki dzieci i nie tylko. Mam wrażenie, że gdy zaszło słońce i Allach już nie widzi, miejscowi raczą się czymś mocniejszym. Na ulicy gromadzą się grupki młodzieży, która koniecznie chce żebyśmy się zatrzymali. Nie dziwię się specjalnie, że Agata ma już dosyć jazdy na rowerach - i to bynajmniej nie z powodu zmęczenia. W Tozeur. kończymy rowerową część naszej podróży i odtąd będziemy się już poruszać pociągami, i autobusami. W ten sposób odwiedzamy jeszcze górskie oazy w Tamerze, Mides i Szebice , stolicę Tunezji: Tunis, oraz Sidi Bu Said - ulubione miejsce artystów - leżące nad morzem.
Gdy na początku października w ulewny dzień lądujemy na lotnisku w Poznaniu już tylko w pamięci pozostają nam palmy na plaży i piękna dzika pustynia z drobnym białym piaskiem dookoła......

 

 

Powyższy text ukazał się w "Magazynie Rowerowym" nr 7/2004