|
Relacja

Turecka
gościnność
Słońce
chyliło się ku zachodowi a tu nic, ani hoteliku, ani nawet miejsca, żeby
rozbić namiot. Sunęliśmy zrezygnowani pod górę, aż ku naszej radości zawołał
nas gospodarz z przydrożnej lokanty. Zaproponował nam nocleg i poczęstował
sutą kolacją. Przyniósł nawet dwie marynarki i nas okrył, żebyśmy nie
zmarzli. Mówił tylko po turecku, mieliśmy spore problemy z porozumiewaniem
się, ratował nas przewodnik, w którym jest trochę zwrotów po turecku.
Ale nie ma to jak język spojrzeń i gestów.
Nie
mógł się nadziwić, że nie mamy dzieci, z dumą pokazywał nam swoich dwóch
synów Tajfuna i Ibrahima oraz swoją dorodną żonę. Kazał Marcinowi zjeść
prawie cały talerz miodu, który rzekomo jest lepszym środkiem od viagry.
Dla Turków nie ma nic ważniejszego od dzieci, nie warto tłumaczyć, że
się nie ma czasu, że trzeba skończyć studia, pracować czy, że jest się
jeszcze za młodym. Tam kobieta po dwudziestce bez męża to już skończona
„stara panna”.
Nasz
gospodarz nakarmił nas jak należy, prawie nie mogliśmy zasnąć z przejedzenia.
Rano nie było mowy o odjeździe bez śniadania i tradycyjnej tureckiej herbatki,
którą opijaliśmy się do woli. Nie trzeba wspominać, że nic nie zapłaciliśmy
za tę gościnność. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, serdecznie dziękując
za wszystko ruszamy w dalszą drogę.
Słyszymy
jeszcze z oddali Gule, gule - czyli miłej podróży.
Turcy
są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów o czym bardzo często mieliśmy
się okazję przekonać. Wielokrotnie częstowano nas herbatą, a nawet zdarzało
się, że na drodze zatrzymywały się samochody i dostawaliśmy owoce.
Niestety
trochę inaczej to wygląda w miejscowościach przeznaczonych dla zachodnich
turystów. Tam ceny są dużo wyższe, nie ma już bezinteresowności, każdy
chce jak najwięcej zarobić. Zanim usłyszeliśmy cenę byliśmy dokładnie
oglądani i oceniani ile można od nas wyłudzić. To przykre, że tak się
dzieje, ale niestety jest to wina bogatych turystów, którzy bez targowania
się zapłacą każdą cenę.
Po
trzech dniach dosyć żmudnej jazdy zatrzymujemy się w Fethiye, gdzie zwiedzamy
wykuty w skale grobowiec Amintasa przypominający fasadę greckiej świątyni
z jońskimi kolumnami. W środku są już tylko śmieci; byliśmy trochę zawiedzeni,
ale wynagrodził nam to piękny widok na miasto i zatokę. Fethiye to plątanina
uliczek pełna niewielkich sklepików wypchanych po brzegi pamiątkami. Miejscowość
jest bardzo turystyczna, ale nie straciła jeszcze swojego uroku.
Droga
do położonej 90 km dalej Patary jest praktycznie płaska, pod sam koniec
są całe pola zabudowane szklarniami psującymi strasznie krajobraz.
Sama
Patara to nieduża miejscowość położona na samym cypelku nad morzem. Znajduje
się tam jedna z najpiękniejszych plaż w całej Turcji, do tej pory żałujemy,
że spędziliśmy tam tak mało czasu. Obok znajdują się mało interesujące
ruiny, ale urodził się tam św. Mikołaj.
Parę
kilometrów za Patarą droga biegnie wykutą półką skalną, wyeksponowaną
nad samym morzem. Niesamowita, widoki powalają, fale turkusowej wody rozbijają
się o nagie, groźne skały, a po horyzont rozrzucone są bajkowe wysepki.
Obrazek jak z katalogu. Trzeba jednak bardzo uważać bo droga jest wąska
i nie ma barierek bezpieczeństwa.
Co
jakiś czas na sam dół prowadzą bardzo, bardzo długie schody na niewielką
plażę dosłownie wciśniętą między skalne bloki.
Można
stracić motywację do dalszej jazdy spoglądając na rozleniwionych, wygrzewających
się ludzi.
Odcinek
do Antalyi to bardzo widokowa górska droga, czasami odbiegająca na krótkie
odcinki od morza. Jazda jest bardzo męcząca i trudna. Dodatkowo nawierzchnia
jest bardzo szorstka, dla samochodów nie ma raczej większej różnicy, ale
na rowerze wyraźnie daje się we znaki. Kierowcy z dziką radością nieustannie
nas pozdrawiają, nie zdając sobie chyba sprawy, że klakson wielkiego tira
każdego by powalił. Na szczęście ruch nie jest duży.
Przed
samą Antalyą teren się wypłaszcza i czeka nas przejazd przez ogromne miasto.
Trochę czasu zajmuje przebicie się na rowerach przez ruchliwe centrum.
Antalya nie ma żadnej obwodnicy. Okolica staje się nudna i płaska, ale
dzięki temu możemy zrobić większy dystans dzienny. Chcieliśmy się zatrzymać
na nocleg w miejscowości Serik, ale ku naszemu zdziwieniu okazało się,
że nie ma tam ani jednego motelu, zrobiło się już zupełnie ciemno, a my
stoimy na środku ulicy i za bardzo nie wiemy, co ze sobą zrobić. Kolejny
raz przekonujemy się o wielkiej bezinteresowności naszych tureckich przyjaciół.
Młody człowiek zapakował nas z rowerami do zwykłego osobowego samochodu
i zawiózł do jakiejś miejscowości około 20 km dalej prosto pod sam hotel.
Byliśmy za ten gest niezmiernie wdzięczni. Hotel był wprawdzie co nie
co drogi, ale i tak najtańszy w owej niewielkiej oazie, w której wypoczywali
głównie bogaci Niemcy. Rano okazało się, że straciliśmy 15 km, ale
to nie tak wiele. Mogliśmy jeszcze raz pokonać odcinek tej samej drogi,
zapamiętując każdą dziurę w asfalcie. Tego dnia dojeżdżamy do Alanyi,
którą poprzedza 30-kilometrowy ciąg eleganckich hoteli. Alanya jest o
tyle dla nas ciekawa, że jest tam mnóstwo Polaków i w każdym
sklepiku czy knajpce usłyszymy nasze polskie „dzień dobry”.
 Droga
znów staje się pagórkowata, a za Gazipasą zaczynają się serpentyny. Jedzie
się lasem, z daleka w dole połyskuje morze. Powietrze staje się bardzo
wilgotne, to już typowy klimat śródziemnomorski. Strasznie się pocimy,
rękawiczki trzeba prać co dwa dni, bo dosłownie ślizgają się po kierownicy.
Wyskakujemy
na skarpę, tym razem są już barierki, przynajmniej w najbardziej wyeksponowanych
miejscach; cały czas góra, dół, góra, dół. Czasami parę godzin pniemy
się wysoko na przełęcz po to, żeby zjechać do samego morza, dosłownie
około jednego kilometra po płaskim i znów serpentyny na kolejną przełęcz.
Średnia prędkość dzienna takiej jazdy, to około 14 km/h przy bezwietrznej
pogodzie.
Ostatni
dzień jazdy po górach jest najbardziej męczący, zwłaszcza że jesteśmy
wykończeni i niewyspani przez dosłownie pożerające nas komary; nie
pomagały najlepsze smarowidła ani naciągnięte na głowy prześcieradła.
Do
tego musimy szybko pedałować przez wioski, ponieważ dzieci miały jakąś
przerwę w szkole i goniły nas całymi chmarami po ulicach. I tak po
trzech dniach górskiej wspinaczki, przed samym Tasum, droga staje się
falista, a przed Silifke jest już zupełnie płasko; ale za dobrze być nie
może – przed samym miastem Agata łapie gumę.
Zbliża
się koniec podróży, odcinek do Mercinu przypomina jazdę po stole + wiatr
w plecy. Za te wygody Agata łapie kolejne trzy gumy i to w przeciągu 30
minut. Okazuje się, że jest też rozerwana opona.
Tego
dnia spotykamy 4 Niemców na rowerach, wymieniamy krótkie pozdrowienia.
Wcześniej, jeszcze przed Fethiye spotkaliśmy parę Francuzów, którzy przyjechali
tylko na dwa tygodnie.
Wybrzeże
nie jest terenem uczęszczanym przez rowerzystów. Sami często narzekaliśmy,
że łatwiej jest w Alpach, przynajmniej droga stopniowo wznosi się w górę,
osiąga jakąś wyższą przełęcz i potem jest długi zjazd. W Turcji jest oczywiście
zupełnie inna skala wysokości, są to ciągłe podjazdy na około 500 m
n.p.m. i w dół do samej plaży i z powrotem. Dodatkowym utrudnieniem jest
bardzo wysoka wilgotność i ciągły upał – nawet we wrześniu.
Jazda
rowerem jest jedynym sposobem, żeby dokładnie poznać kraj, powoli obserwując
zmieniające się krajobrazy, jednocześnie obcując z wspaniałymi ludźmi,
jakimi są Turcy.
Po
pokonaniu 1290 km pakujemy rowery do autobusu i jedziemy zobaczyć
jeszcze kominy Kapadocji, gdzie prze dwa dni rozbijamy się wypożyczonym
skuterem – cóż za ulga; nie trzeba pedałować.
Wracamy
do Antalyi, gdzie pakujemy nasze „zmęczone” rowery z powrotem do kartonów
i po trzech godzinach lotu wysiadamy w deszczowym Poznaniu.
<<
Pierwsza część relacji
|