TURYSTYKA

TURCJA NA ROWERZE 2001

Relacja

Turecka gościnność

SłońceAgata chyliło się ku zachodowi a tu nic, ani hoteliku, ani nawet miejsca, żeby rozbić namiot. Sunęliśmy zrezygnowani pod górę, aż ku naszej radości zawołał nas gospodarz z przydrożnej lokanty. Zaproponował nam nocleg i poczęstował sutą kolacją. Przyniósł nawet dwie marynarki i nas okrył, żebyśmy nie zmarzli. Mówił tylko po turecku, mieliśmy spore problemy z porozumiewaniem się, ratował nas przewodnik, w którym  jest trochę zwrotów po turecku. Ale nie ma to jak język spojrzeń i gestów.

Nie mógł się nadziwić, że nie mamy dzieci, z dumą pokazywał nam swoich dwóch synów Tajfuna i Ibrahima oraz swoją dorodną żonę. Kazał Marcinowi zjeść prawie cały talerz miodu, który rzekomo jest lepszym środkiem od viagry. Dla Turków nie ma nic ważniejszego od dzieci, nie warto tłumaczyć, że się nie ma czasu, że trzeba skończyć studia, pracować czy, że jest się jeszcze za młodym. Tam kobieta po dwudziestce bez męża to już skończona „stara panna”.

Nasz gospodarz nakarmił nas jak należy, prawie nie mogliśmy zasnąć z przejedzenia. Rano nie było mowy o odjeździe bez śniadania i tradycyjnej tureckiej herbatki, którą opijaliśmy się do woli. Nie trzeba wspominać, że nic nie zapłaciliśmy za tę gościnność. Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, serdecznie dziękując za wszystko ruszamy w dalszą drogę.

Słyszymy jeszcze z oddali  Gule, gule - czyli miłej podróży.

TurekTurcy są bardzo przyjaźnie nastawieni do turystów o czym bardzo często mieliśmy się okazję przekonać. Wielokrotnie częstowano nas herbatą, a nawet zdarzało się, że na drodze zatrzymywały się samochody i dostawaliśmy owoce.

Niestety trochę inaczej to wygląda w miejscowościach przeznaczonych dla zachodnich turystów. Tam ceny są dużo wyższe, nie ma już bezinteresowności, każdy chce jak najwięcej zarobić. Zanim usłyszeliśmy cenę byliśmy dokładnie oglądani i oceniani ile można od nas wyłudzić. To przykre, że tak się dzieje, ale niestety jest to wina bogatych turystów, którzy bez targowania się zapłacą każdą cenę.

Po trzech dniach dosyć żmudnej jazdy zatrzymujemy się w Fethiye, gdzie zwiedzamy wykuty w skale  grobowiec Amintasa przypominający fasadę greckiej świątyni z jońskimi kolumnami. W środku są już tylko śmieci; byliśmy trochę zawiedzeni, ale wynagrodził nam  to piękny widok na miasto i zatokę. Fethiye to plątanina uliczek pełna niewielkich sklepików wypchanych po brzegi pamiątkami. Miejscowość jest bardzo turystyczna, ale nie straciła jeszcze swojego uroku.

Droga do położonej 90 km dalej Patary jest praktycznie płaska, pod sam koniec są całe pola zabudowane szklarniami psującymi strasznie krajobraz.

Sama Patara to nieduża miejscowość położona na samym cypelku nad morzem. Znajduje się tam jedna z najpiękniejszych plaż w całej Turcji, do tej pory żałujemy, że spędziliśmy tam tak mało czasu. Obok znajdują się mało interesujące ruiny, ale urodził się tam św. Mikołaj.

AgataParę kilometrów za Patarą droga biegnie wykutą  półką skalną, wyeksponowaną nad samym morzem. Niesamowita, widoki powalają, fale turkusowej wody rozbijają się o nagie, groźne skały, a po horyzont rozrzucone są bajkowe wysepki. Obrazek jak z katalogu. Trzeba jednak bardzo uważać bo droga jest wąska i nie ma barierek bezpieczeństwa.

Co jakiś czas na sam dół prowadzą bardzo, bardzo długie schody na niewielką plażę dosłownie wciśniętą między skalne bloki.

Można stracić motywację do dalszej jazdy spoglądając na rozleniwionych, wygrzewających się  ludzi.

AgataOdcinek do Antalyi to bardzo widokowa górska droga, czasami odbiegająca na krótkie odcinki od morza. Jazda jest bardzo męcząca i trudna. Dodatkowo nawierzchnia jest bardzo szorstka, dla samochodów nie ma raczej większej różnicy, ale na rowerze wyraźnie daje się we znaki. Kierowcy z dziką radością nieustannie nas pozdrawiają, nie zdając sobie chyba sprawy, że klakson wielkiego tira każdego by powalił. Na szczęście ruch nie jest duży.

Przed samą Antalyą teren się wypłaszcza i czeka nas przejazd przez ogromne miasto. Trochę czasu zajmuje przebicie się na rowerach przez ruchliwe centrum. Antalya nie ma żadnej obwodnicy. Okolica staje się nudna i płaska, ale dzięki temu możemy zrobić większy dystans dzienny. Chcieliśmy się zatrzymać na nocleg w miejscowości Serik, ale ku naszemu zdziwieniu okazało się, że nie ma tam ani jednego motelu, zrobiło się już zupełnie ciemno, a my stoimy na środku ulicy i za bardzo nie wiemy, co ze sobą zrobić. Kolejny raz przekonujemy się o wielkiej bezinteresowności naszych tureckich przyjaciół. Młody człowiek zapakował nas z rowerami do zwykłego osobowego samochodu i zawiózł do jakiejś miejscowości  około 20 km dalej prosto pod sam hotel. Byliśmy za ten gest niezmiernie wdzięczni. Hotel był wprawdzie co nie co drogi, ale i tak najtańszy w owej niewielkiej oazie, w której wypoczywali głównie bogaci Niemcy. Rano okazało się, że straciliśmy 15 km, ale to nie tak wiele. Mogliśmy jeszcze raz pokonać odcinek tej samej drogi, zapamiętując każdą dziurę w asfalcie. Tego dnia dojeżdżamy do Alanyi, którą poprzedza 30-kilometrowy ciąg eleganckich hoteli. Alanya jest o tyle dla nas ciekawa, że jest tam mnóstwo Polaków i w każdym sklepiku czy knajpce usłyszymy nasze polskie „dzień dobry”.

MarcinAgataDroga znów staje się pagórkowata, a za Gazipasą zaczynają się serpentyny. Jedzie się lasem, z daleka w dole połyskuje morze. Powietrze staje się bardzo wilgotne, to już typowy klimat śródziemnomorski. Strasznie się pocimy, rękawiczki trzeba prać co dwa dni, bo dosłownie ślizgają się po kierownicy.

Wyskakujemy na skarpę, tym razem są już barierki, przynajmniej w najbardziej wyeksponowanych miejscach; cały czas góra, dół, góra, dół. Czasami parę godzin pniemy się wysoko na przełęcz po to, żeby zjechać do samego morza, dosłownie około jednego kilometra po płaskim i znów serpentyny na kolejną przełęcz. Średnia prędkość dzienna takiej jazdy, to około 14 km/h przy bezwietrznej pogodzie.

StatkiOstatni dzień jazdy po górach jest najbardziej męczący, zwłaszcza że jesteśmy wykończeni i niewyspani przez dosłownie pożerające nas komary; nie pomagały najlepsze smarowidła ani naciągnięte na głowy prześcieradła.

Do tego musimy szybko pedałować przez wioski, ponieważ dzieci miały jakąś przerwę w szkole i goniły nas całymi chmarami po ulicach. I tak po trzech dniach górskiej wspinaczki, przed samym Tasum, droga staje się falista, a przed Silifke jest już zupełnie płasko; ale za dobrze być nie może – przed samym miastem Agata łapie gumę.

Zbliża się koniec podróży, odcinek do Mercinu przypomina jazdę po stole + wiatr w plecy. Za te wygody Agata łapie kolejne trzy gumy i to w przeciągu 30 minut. Okazuje się, że jest też rozerwana opona.

Tego dnia spotykamy 4 Niemców na rowerach, wymieniamy krótkie pozdrowienia. Wcześniej, jeszcze przed Fethiye spotkaliśmy parę Francuzów, którzy przyjechali tylko na dwa tygodnie.

KapadocjaWybrzeże nie jest terenem uczęszczanym przez rowerzystów. Sami często narzekaliśmy, że łatwiej jest w Alpach, przynajmniej droga stopniowo wznosi się w górę, osiąga jakąś wyższą przełęcz i potem jest długi zjazd. W Turcji jest oczywiście zupełnie inna skala wysokości, są to ciągłe podjazdy na około 500 m n.p.m. i w dół do samej plaży i z powrotem. Dodatkowym utrudnieniem jest bardzo wysoka wilgotność i ciągły upał – nawet we wrześniu.

Jazda rowerem jest jedynym sposobem, żeby dokładnie poznać kraj, powoli obserwując zmieniające się krajobrazy, jednocześnie obcując z wspaniałymi ludźmi, jakimi są Turcy.

Po pokonaniu 1290 km pakujemy rowery do autobusu i jedziemy zobaczyć jeszcze kominy Kapadocji, gdzie prze dwa dni rozbijamy się wypożyczonym skuterem – cóż za ulga; nie trzeba pedałować.

Wracamy do Antalyi, gdzie pakujemy nasze „zmęczone” rowery z powrotem do kartonów i po trzech godzinach lotu wysiadamy w deszczowym Poznaniu.

<< Pierwsza część relacji

 

<< Powrót
Strona Główna